wyprawy-ustron.pl  
" Kiedyś ktoś mnie zapytał:
Dlaczego chodzisz po górach?
Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
  • na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
  • na tych którym się jej nie wytłumaczy."
                                                      Piotr Pustelnik
  • Nasze wyprawy O nas Link Kontakt

     

    Mont Blanc, wiążę się z pewnym cudownym przymiotnikiem: "najwyższy". Otóż, to iście, nietuzinkowe słowo, przyciąga każdego roku tysiące alpinistów. Pewnie nie ma w Europie, amatora chodzenia po górach, który by nie czuł, choćby raz w życiu chęci zdobycia tego magicznego szczytu. Nasza piątka, nie była wyjątkiem od tej reguły!.

     

    Nasza wyprawa wystartowała 30 sierpnia z Ustronia. Ekipa składała się z czterech mieszkańców Ustronia: Michała Kieconia, Tadeusza Kędzierskiego, Łukasza Chlebka oraz Michała Pilcha, a także jednego Skoczowianina, a zarazem głównego fotografa wyprawy: Wojciecha Wandzla. Naszym celem było zdobycie najwyższego szczytu Europy Zachodniej w możliwie jak najszybszym czasie. Trasę liczącą 1400 km z Ustronia do Les Houches, pokonaliśmy samochodem w 16 godzin.

     

    W środę 31 sierpnia dojechaliśmy na parking w miejscowości Les Houches, gdzie pozostał nasz samochód.  Tam poczuliśmy przedsmak prawdziwej wyprawy!.

    Wyszliśmy z założenia, że przed nami jeszcze daleka droga, dlatego nie warto się forsować na samym początku, dlatego też, wybraliśmy gondolę do Bellevue. Stamtąd pojechaliśmy tamtejszym tramwajem wysokogórskim, który zakończył swoją podróż na przystanku „Col du Mont Lachot”, na wysokości 2077 m.n.p.m.

    W owym miejscu, skończyły się wygody związane z pokonywaniem różnicy wysokości za pomocą maszyn, skonstruowanych przez człowieka, a zaczęła się prawdziwa, piesza wspinaczka.

    Naszym celem, tego dnia było dotarcie do schroniska Tete Rousse, znajdującego się na wysokości (3150 m.n.p.m). Zaraz po wyruszeniu, grupa podzieliła się na mniejsze podgrupki, które były dopasowane pod katem szybkościowym. Każdy ma inne tępo wchodzenia, dlatego dobrze jest się dobrać w mniejsze zespoły, w celu jak najbardziej efektywnego pokonywania różnicy wysokości. Wieczorem udało się nam w komplecie zameldować w schronisku.


    Na nasze szczęście, nocleg mieliśmy zarezerwowany, dlatego nie musieliśmy się bać o wolne miejsca. W około schroniska było rozłożonych sporo namiotów – ich właściciele, nie mieli tyle szczęścia co my i najzwyczajniej w świecie nie załapali się na nocleg.

     

    W czwartek 1 września, wyruszyliśmy w kierunku drugiego schroniska - Gouter (3817 m.n.p.m). Tego odcinka bardzo się obawialiśmy, ponieważ znajduję się tam sławny kuluar latających kamieni tzw. Rolling Stones. Jest to żleb o szerokości około 50 m. Kamienie, które się z niego toczą, niejednokrotnie dochodzą do wielkości lodówki i są bardzo niebezpieczne podczas pokonywania kuluaru. Mieliśmy, jednak sporo szczęścia, gdyż w nocy spadł śnieg i związał kamienie. Skutkiem czego kuluar, udało się nam przejść bez problemu.


    Po przejściu kuluaru, mieliśmy do pokonania grań Goutier., Jest to technicznie najtrudniejszy fragment, momentami porównałbym go do naszej Tatrzańskiej Orlej Perci. Jednak i z tym trudnym fragmentem drogi poradziliśmy sobie bez problemów. Znów wędrowaliśmy w odstępach, każdy własnym tempem. Po paru godzinach wspinaczki dotarliśmy do schroniska. Wieczorem, było wyczuwalne napięcie związane z atakiem szczytowym, a także swoista niewiadoma. Od pracowników schroniska dowiedzieliśmy się, że noc będzie bezchmurna, lecz z upływem czasu warunki pogodowe się pogorszą, skutkiem czego nasza sytuacja nie będzie sprzyjające do ataku szczytowego.

     

    Następnego dnia o godz. 5 rano, opuściliśmy schroniska z zamiarem zdobycia szczytu. Podzieliliśmy się na dwie podgrupy. Każda z nich była połączona ze sobą za pomocą liny asekuracyjnej. Pierwsza zespół składał się Michała Kieconia i Wojciecha Wandzla. Kolejny składał się ze mnie, Tadeusza Kędzierskiego oraz Łukasza Chlebka. Drużyny były tak dopasowane, aby znajdowały się w niej osoby o podobnych warunkach fizycznych. Wraz z nami wyruszyły wszystkie osoby, które nocowały tej nocy w schronisku. Noc była przepiękna. Gwiazdy na niebie delikatnie, ukazywały nam masyw Blanca. W oddali było widać niesamowicie oświecone pobliskie miejscowości. Od schroniska, szliśmy już tylko po lodowcu. Ścieżka wiodła koło szczelin oraz nawisów śnieżnych. Po około 3 godzinach dotarliśmy do metalowego schronu Valot (4363 m.n.p.m).


    Tuż przed osiągnięciem schronu, pogoda zmieniła się diametralnie. Słońce zostało przykryte przez chmury i mgłę. Wzmógł się mocny wiatr. Naszczecie do Valota było bardzo blisko. W schronie, tłamsiły się tabuny alpinistów takich jak my, którzy mieli za cel zdobycie najwyższej góry Europy. Jednak warunki pogodowe nie pozwalały na bezpieczne wyruszenie w górę. Według moim szacunków mogło tam być koło 30 osób i cały czas dochodzili nowi. Po dwóch godzinach oczekiwania na poprawę pogody, zdecydowaliśmy się na wyruszenie w stronę szczytu. Jednak nie wszyscy się na to zdecydowali, Tadeusz Kędzierski, nie chciał ryzykować i postanowił, iż w takich trudnych warunkach pogodowych nie będzie ryzykować, wyjścia na szczyt – jego decyzja była naprawdę poparta twardymi argumentami, w postaci złych warunków pogodowych. Wyruszyliśmy w dwóch zespołach. Pierwszy z nich składał się ponownie z Michała Kieconia i Wojciecha Wandzla. Wyruszyli z 5 minutowym zapasem przed nami. Ja i Łukasz Chlebek wyruszyliśmy po nich, jednak po przejściu 100 metrów, stwierdziliśmy, że w takich warunkach nie będziemy atakować szczytu. Widoczność była tak niska, iż z ledwością widziało się partnera. Wiatr był momentami tak mocny, iż zawiewał ślady i niebyło wiadomo, w jakim kierunku podąża szlak. Zdecydowaliśmy, że zawrócimy do Valota. Lecz pierwsza podgrupa kontynuowała wspinaczkę. Po powrocie do schronu, okazało się, że jedna z grup, skałdająca się z obcokrajowców, która próbowała zejść w dół, także zabłądziła i zawróciła. Wtedy zaczęło się robić groźne, swoista sytuacja patowa, ani w dół, ani w górę. Jednomyślnie stwierdziliśmy z Łukaszem Chlebkiem, że zostajemy w schronie do czasu, aż chłopaki nie zejdą lub też warunki pogodowe pozwolą na atak szczytowy. Po godzinie do schronu przyszli przewodnicy Alpejscy i zaproponowali wszystkim obecnym, że poprowadzą ich do Goutiera. Prawię wszyscy zdecydowali się na powrót. Z naszej ekipy, powędrował Tadeusz Kiędzierski. Umówiliśmy się, że jeżeli do godziny 20.00 nie damy znaku życia., zawiadomi on odpowiednie służby ratownicze. Po opuszczeniu schronu przez większość osób, mieliśmy sporo czasu na rozmyślanie. Całe szczęście, że mieliśmy ze sobą karty. Naprawdę po paru godzinach gry w „1000”, człowiek ma dość wszystkiego!. Koło godz. 12.30 do schroniska przyszli dwaj Ukraińscy Alpiniści i powiedzieli nam, że widzieli naszych przyjaciół niedaleko szczytu. Zaraz po usłyszeniu dobrej nowiny, odetchnęliśmy z ulgą – naprawdę się o nich baliśmy!. O godz. 14.00 do schronu wszedł mój szwagier Michał Kiecoń i zadowoleniem oznajmij, że najwyższa góra Europy została przez nich zdobyta!.


    Wojciech Wandzel nabawił się dużych odcisków dlatego nie marnował czasu i schodził do Goutiera. Michał, zrelacjonował nam wejście, powiedział, że spotkali tylko 8 osób (w sumie tego dnia weszło tylko 12 osób na szczyt). Oznajmił, że warunki atmosferyczne, pozwalają na wejście na szczyt. Zaraz po otrzymaniu widomości, iż jest możliwość wejścia na szczyt, zaczęliśmy się przygotowywać do wymarszu. Teraz myśląc o tej sytuacji nie było to zbyt racjonalne podejście do sprawy wymarszu. Jednak świadomość, że człowiek jest tak blisko upragnionego celu zwyciężyła. Myślę, że Polska przypadłość zawiść, też miała sporo do powiedzenia. Myśl, że oni weszli, a my mielibyśmy nie wejść, o nie!!!!! Poszliśmy, po 2 godzinach wspinaczki zdobyliśmy go!!!!!!!!.

    Jednak widoki jak i sam szczyt bardzo nas zawiodły. Widoczność była bardzo mała, nic nie było widać. Na samej górze był wbity mały patyczek o wysokości ok. 30 cm, mówiący, iż tu znajduje się szczyt. Zrobiliśmy parę zdjęć i zaczęliśmy schodzić do Valota. Po opuszczeniu schronu, mieliśmy duże problemy ze zlokalizowaniem szlaku. Musieliśmy trawersować prawie 2 km pomiędzy szczelinami, aby odnaleźć odpowiedni szlak. Nie było by to możliwe, gdyby nie poprawa pogody. Matka Natura sowicie nas przy schodzeniu wynagrodziła. Wyszło słońce, wiatr przewiał chmury. Ukazał się nam majestatyczny masyw Blanca. Cóż to były za widoki:)


    O godz. 20.00 byliśmy już spowrotem w Gutierze. Chłopaki już tam na nas czekali. Zaraz po przybyciu, pogratulowaliśmy sobie nawzajem, zdobycia Blanca. Noc spędziliśmy znów w Goutierze. Nazajutrz, wyruszyliśmy w kierunku samochodu.

    Zaraz po przybyciu na parking, każdy z nas poszedł się nareście oddać przyjemności, jaką na pewno jest kąpiel. Po przebraniu się pojechaliby na uroczystą kolacje do Chamonix. Tam zaszaleliśmy i wydaliśmy 700 zł – w końcu nie co dzień zdobywa się Dach Europy. W niedzielę o godz. 14.00 szczęśliwie wróciliśmy do Ustronia.


    tekst.Michał Pilch