wyprawy-ustron.pl  
" Kiedyś ktoś mnie zapytał:
Dlaczego chodzisz po górach?
Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
  • na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
  • na tych którym się jej nie wytłumaczy."
                                                      Piotr Pustelnik
  • Nasze wyprawy O nas Link Kontakt

     

    “Wielki Dzwon” nareszcie zdobyty!. Właśnie tak jest tłumaczony Grossglockner w przełożeniu na język polski. Trudny i  piękny szczyt znajdujący w Alpach Austryjackich, a także najwyższy szczyt Austrii.


     

    Wyruszyliśmy z Ustronia 31 marca. Podróż minęła nam bez większych problemów, jedynym utrudnieniem, było znalezienie odpowiedniej pozycji do spania  podczas podróży, a niebyło to łatwe, gdy w samochodzie osobowym jedzie pięć chłopa wraz z całym sprzętem!. Na parking dotarliśmy następnego dnia rano i zaraz po rozpakowaniu się, ruszyliśmy w kierunku pierwszego schroniska Stüdlhütte, (2802 m n.p.m.).

    Śnieg zalegał wszędzie, ale to nie było naszą największa bolączka. Okazało się, że jesteśmy jedyną grupą, która wchodzi na szczyt bez specjalnym nart!. Tak, to nie jest żart. Wszyscy, absolutnie wszyscy mieli narty na nogach. Ponieważ struktura śniegu, powodowała, iż z każdym krokiem, zapadaliśmy się w śnieg, niejednokrotnie po pas. Naprawdę sporo sił straciliśmy na wygrzebywaniu się z tego, przeklętego przez nas śniegu. Po ok. 2 godzinach marszu dotarliśmy do stacji kolejki, służącej do transportu zaopatrzenia do schroniska.

           


    Kożystając z okazji, Wojtek wysłał część swojego bagażu za pomocą kolejki linowej. W drodze spotkaliśmy, sporo zjeżdżających ze szczytu turystów i wszyscy, absolutnie wszyscy radzili nam, aby zawrócić do pobliskiej wypożyczalni sprzętu narciarskiego. W celu zaopatrzenia się w narty. Nie jestem z tego faktu zbytnio zadowolony, ale wtedy bardzo marudziłem i to ja nalegałem, aby zawrócić  (każdy ma czasem gorszy dzień – tak na moje usprawiedliwienie!). Przed zmrokiem dotarliśmy do schroniska. Wypiliśmy po piwku, może dwóch i poszliśmy spać.

     

    Pobudka o godz. 2 w nocy nie była przyjemna, ale jeśli chcieliśmy zdobyć szczyt i wrócić spowrotem do samochodu, konieczna. Porządne śniadanie to podstawa, przed atakiem na taką górę jak Gross. Zjedliśmy i wyruszyliśmy wraz z innymi grupami w kierunku „Wielkiego Dzwona”. Szlak biegł po lodowcu, gdzieniegdzie były widoczne szczeliny, ale jakoś nas to zbytnio nie wzruszało. Po prostu szliśmy dalej przed siebie. Po paru godzinach mozolnego marszu, dotarliśmy do schroniska Erzherzog - Johann Hutte (3454 m n.p.m.).


    Wgramoliliśmy się do środka, jednak w środku wcale nie było nam cieplej. Schronisko jest otwarte latem, a zimą zaś, nikogo w środku z obsługi nie ma, ale jest możliwość przenocowania w nim (w bardzo zimnych warunkach). Końcowy etap wędrówki był bardziej ekstremalny. Wszystkie osoby, które tego dnia szły na szczyt, zostawiały sprzęt narciarski przed atakiem szczytowym i kontynuowały wędrówkę pieszo.


    Wejście na wierzchołek było bardzo trudne ponieważ podejście jest strome, a na dodatek przed szczytem zrobiło się spore zatłoczenie i trzeba było  uważać, aby nie spaść.


     

    Udało się nam go zdobyć! Parę fotek strzeliliśmy na szczycie i podelektowaliśmy się przepieknymi widokami rozciągającymi z Dzwona. Tego dnia pogoda była niespotykanie piękna, a przejrzystość pozwalała ujrzeć masyw Marmolady we Włoszech. Jednak nie obyło się też bez problemów. Jeden z turystów nadepnął rakami na kobietę. Zaczęła krwawić co naprawdę na tej wysokości nie było dla niej komfortową sytuacją. Krwotok udało się szczęśliwie zatamować, ale podejrzewam, że zejście nie należało do przyjemnych. Schodząc w dół musieliśmy się już asekurować za pomocą lin. Ja i Władek szliśmy razem przypięci do liny i bez większych problemów udało się nam zejść. Michał K omało co nie spadł – chciał ominąć mały zator na szlaku i obejść go. Jednak jak zaczął zjeżdżać na "dupie" to niespodziewanie go pociągnęło i prawie nie wylądował na dole (zawsze musi się coś przydarzyć nie planowanego!). Na jego szczęście miał przy sobie czekan i się nim  zaasekurował) Bracia Wandzle, podobnie jak Michał K, mieli mniej szczęścia od naszej dwójki. Podczas zejścia ze szczytu, jeden turysta lekko popchnął Wojtka. Zleciał trochę w dół. Całe szczęście, że był z Witkiem związany za pomocą liny. Nie wątpliwie uratowało mu to życie. Szczęśliwie nic mu się nie stało, oprócz utraty okularów. Jak można było przewidzieć nie warto było ryzykować zejścia bez asekuracji – gra nie warta świeczki!. Po paru godzinach szczęśliwie zeszliśmy do schroniska Stüdlhütte. Tam uzupełniliśmy płyny i zjedliśmy co nie co. Ostatnim etapem było pokonanie drogi ze schroniska do samochodu. Niby nic, ale znów grząski śnieg dał o sobie znać. Nie dość, że zapadaliśmy się po pas to na dodatek byliśmy już naprawdę wycieńczeni całym dniem wędrówki. Podczas zejścia, spotkaliśmy grupę Polaków, którzy także chcieli wyjść bez nart. Oni w odróżnieniu od nas wybrali inną ścieżkę podejścia. Więc szczęściarze nie zapadali się. Po dotarciu do samochodu, przebraliśmy się i pojechaliśmy w stronę domu. Podróż powrotna minęła nam bardzo szybko. Za kierownicą samochodu następowała rotacja kierowców. A reszta zmęczonej załogi, smacznie spała.

     

    Wyjazd jak najbardziej udany. Ciekawa góra, bardzo dobre warunki noclegowe (jeszcze nigdy nie byliśmy w tak wypasionym schronisku!), a na koniec warunki pogodowe, które nie wątpliwie nie mogły być lepsze! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się zawitać na szczycie potężnego Austryjackiego Dzwona.

    zdjęcia Wojciech Wandzel

    http://blog.wandzelphoto.com/


     

    tekst.Michał Pilch