wyprawy-ustron.pl  
" Kiedyś ktoś mnie zapytał:
Dlaczego chodzisz po górach?
Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
  • na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
  • na tych którym się jej nie wytłumaczy."
                                                      Piotr Pustelnik
  • Nasze wyprawy O nas Link Kontakt
    Planowanie

    Nasza wyprawa zrodziła się podczas wyjścia na najwyższą górę Beskidów, czyli Babią Górę. Dla Łukasza było to pierwsze wyjście w góry od czasów kiedy był dzieckiem. Tempo jakie narzucił podczas wyjścia na Babią nie pozostawiło złudzeń: Wejście i zejście zajeło nam około 2 godzin i 15minut, co jest nie lada wyczynem jak na kogoś kto góry widział 10lat temu.

    Lecz wracając do pomysu wyjazdu do Afyki: po zejściu z Babie w drodze do domu, wstąpiliśmy do Emiku aby zakupić przewodnik po Maroko. Piękne widoki jakie się tam znajdowały odrazu nas zachipnotyzowały. Postanowiliśmy że jedziemy.

    Ja zabrałem się za część logistyczną. Kupowaniem biletów, planowaniem zwiedzania i ustaleniami związanymi z wyjściem na Jebal Tukbal.

    Bilety kupowaliśmy w promocji poprzez Rayanair. Trasa była następująca: Kraków-Bolonia-Fes droga powrotna Marakesh-Frankfurt-Wrocław. Koszt biletów w dwier strony nie wyniósł więcej jak 300zł od osoby z bagażem podręcznym 10kg. Tak więc jak na lot na inny kontynent cena była super.

    Bolonia

    27.01.2011 wyruszylismy z Ustronia na lotnisko i Jana Pawła II do Krakowa skąd mieliśmy wylot do włoskiej Bolonii. Wylot mielismy w godzinach popołudniowych, co dało nam sporo czasu na dokładne i przemyślane spakowanie. Po sentymentalym pożegnaniu z rodziną przed lotniskiem ruszylismy podekscytowaniu na podbój Maroko!!

    Bolonia niestety nie przywiatała nas "ciepłem południa", pora zimowa była odczuwalna nawet tam. Lecz nie strudzeni z lotniska późnym wieczorem ruszyliśmy w kierunku centrum miasta. Autobusy w stronę centrum odjeźdzają bezpośrednio z lotniska, koszt w dwie strony to około 10 Euro od osoby. Mając przed sobą noc na lotnisku postanowiliśmy trochę pochodzić po mieście, zjeść włoską pizze, napić sie piwa.

    Po wychyleniu kilku piwek wróciliśmy na lotnisko w Bolonii w celu znalezienia miejsca do spania. Znaleźliśmy fajne miejsca blisko kaloryferów, spało się nie źle. O 6.30 rano mielismy samolot do skąpanej w słońcu Afryki:)

    Lot, Fes

     Po kilku krótkich godzinach spokojnego lotu, byliśmy już w skąpanym w słońcu Maroko. Naprawdę, po wyjściu z samolotu nasze nastroje i humory zmieniły się o 180 stopni, co słońce potrafi zrobić z człowiekiem:) Niestety po wejściu na terminal, musieliśmy odstać swoje w kolejce,która prowadziła do panów celników. Wcześniej musieliśmy wypełnić kilka papierków typu: w jakim celu? z kim? po co? gdzie? co? i jak? Po przejściu weryfikacji udaliśmy do kantoru w celu wymiany gotówki, przelicznik który obowiązuje aktualnie w maroko to 0,39zł ~ 1 Dirham.

    Lotnisko w Fes, drugim co do wielkości miastem Maroko, znajduje się kilka kilometrów od centrum. Naszym celem nie było jednak zwiedzanie tego miasta, a szybki trasnport na dworzec kolejowy w celu dotarcia do CASABLANC'i.

    Zaraz po wymianie waluty wsiedliśmy do autobusu ,który zawiózł nas do centrum Fes. Na szczęście w miarę szybko znaleźliśmy osobę która znała angielski i wskazała nam drogę na dworzec.  Według tej osoby na miejsce mamy kilkanaście minut, a pociągi w stronę Casablanci odjeżdźają dość często.

    Po całej nocy spędzonej na lotnisku bylismy trochę zmęczeni i głodni, w tym celu udaliśmy się do cafejki na śniadanie. Zaoferowano nam świętną marokańską herbatę i pyszne świeże  croisanty(widać wpływ kultury francuskiej). Po pierwszym posiłku na marokańskiej ziemi udaliśmy w kierunku dworca, skąd mieliśmy ruszyć w stronę Casablanci, gdzie mieliśmy spędzić parę następnych dni.

    Sam dworzec i pociąg był bardzo wygodny ładny a przede wszytskim czysty, co nie zawszę się zdarza w naszym kraju.

    Casablanca

    Po przyjeździe do Casablanci, ruszyliśmy w kierunku centrum, jako że mieliśmy przewodnik mniej więcej widzieliśmy gdzie mamy się kierować. Po drodze zaczepiali nas tubylcy, a to w celu oprowadzenia nas po mieście, pokazaniu super restauracji, bądź poprostu chcieli pogadać. Oczywiście za wszytsko chcieli pieniądze (Give me some Dirham) Jeden z nich był świetnie przygotowany, ponieważ znał bardzo dobrze historię polskiej piłki nożnej w czasach kiedy byliśmy potęgą na skale światową. Po drodze znaleźliśmy przyzwoity Hostel gdzie odrazu zapłacilśmy za dwie noce. Szybki przepak i ruszyliśmy w kierunku Starej Medyny czyli po naszemu stare miasto. Jak w każdym większym mieście w Maroko medyna znajduje się za murami obronnymi, tak również jest w Casablance. W środku medyny oczywiście pełno sklepów z ubraniami, przyprawami pamiątkami i inntmi pierdołkami. W czasie spaceru po Medynie znaleźliśmy stragan z ślimaki które nie wyglądały za smakowicie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziliśmy że nie po to tu przylecielismy żeby teraz nie spróbować takich specjałów. Gotowane ślimaki w sosie własnym okazały się całkiem smacznym daniem:)

    Naszym kolejnym celem był port, gdzie można było zakupić świeże owoce morza i ryby. Na dzień przyjazdu zaplanowaliśmy zwiedzanie meczetu Hassana II. Jest to trzeci największy meczet na świecie i może pomieścić nawet 25 tysięcy muzułmanów, na placu przy meczecie może zmieścić się kolejnych 80 tysięcy. Meczet robi wielkie wrażenie ponieważ stoi na sztucznym na sypie, który wchodzi w głąb oceanu. Do świątyni przylego Minerat który ma 210 metrów wysokości co stanowi go największym na świecie.

    Po całodniowym spacerze i zjedzeniu Szawarmy ( ichniejszy kebab) udaliśmy się do Hostelu.

    Kolejny dzień spędziliśmy na dalszym zwiedzaniu miasta. Udało nam się zachaczyć i restaurację gdzie pierwszy raz udało nam się zjeść narodowy przysmak kuskus z gotowanymi warzywami. Danie bardzo smaczne ale trzeba lubić, na pewno nie będzie pasował wszystkim.

    Po dwóch dniach spędzonych w Casablance udaliśmy się na pociąg do Marakeshu skąd już widać nasz glowny cel czyli góry ATLASU WYSOKIEGO!

    Marrakesh i Ilmil

    Marakesh jest czwartym co do wielkości miastem w Maroko. Uchodzi za stolicę południowej części kraju.

    My zwiedzanie miasta zostawiliśmy sobie na później, ponieważ naszym celem na dzień przyjazdu było dostanie się do miejscowości Imlil.  Po przestudiowaniu mapy i zjedzieniu czegoś na dworcowym KFC ruszliśmy w kierunku postoju taksówek które mogą nas zawieźć do bazy wypadowej. Po szybkich negocjacjach i wyborze najkorzystniejszej z ofert wyruszlismy w kierunku Imlil. Po paru godzinach bylismy już pod hostelem gdzie planowaliśmy spędzić pierwszą noc.

    Niestety nie zabraliśmy ze sobą maszynki do gotowania, ponieważ nie mieliśmy wykupionego bagażu rejestrowego. Mieliśmy jednak ze sobą parę liofili. Dzięki uprzejmości "Ahmeda" (gospodarza hostelu) mogliśmy skorzystać z jego kuchni. Oczywiście hostel był nie ogrzewany więc temperatury panujące w środku były iście zimowe. Zabraliśmy ze sobą śpiwory więc ze spaniem nie było problemu.

     

    Schronisko

    Kolejnego dnia skoro świt ruszyliśmy w stronę naszego dzisiejszego celu jakim było schornisko Neltner. Schronisko to znajduje się na wysokości 3207m n.p.m. Mieliśmy więc do pokonania 1300m w pionie co jak na początek przygody z górami Maroka było nie lada wyzwaniem. Niestety nie zapytalismy Ahmeda gdzie dokładnie mamy iść. Gdy wyruszaliśmy było jeszcze ciemno i niestety już na początku zabłądziliśmy. Zamiast iśc lewym brzegiem rzeki poszliśnmy prawym. Konsekwencą tego była przymusowa przeprawa przez rzekę. Co skończyło się zamoczeniem całego buta w wodzie... ta sytuacja nie napawała optymizmem przed dalszą wędrówką.

    Po kilkunastu minutach znaleźliśmy odpowiedni szlak i ruszliśmy w stronę schroniska. Łukasz zdecydowanie ruszył do przodu, ja niestety nie byłem w stanie dotrzymać mu tempa. Do schorniska dostarliśmy po około 5 godzinach mniej więcej w 30minutowych odstępach.
    W schronisku było kilkanaście osób, głównie Hiszpanów. Schronisko jest dość duże i przestrone, z miejscem do gotowania i z dużymi pokojami gdzie znajdowały sie piętrowe łóżka.

    Pierwszą rzeczą jaka była mi potrzebna to kuchenka bądź kominek, ponieważ chciałem wysuszyć buta. Kominek się znalazł ale niestety był już pozastawiany innymi butami. Wkońcu po kilku gdzinach udało mi się dopchać do ognia i wysuszyć buta.

    Około godziny 18 zjedlismy kolację i poszliśmy na swoje prycze. W pokoju spotkalismy Polaka który też planował iść jutro na szczyt, tak jak my. Oczywiście bez dłuższych rozmów zdecydowalismy się że pójdziemy razem.

    Droga na szczyt

    Dorga na szczyt liczy zaledwie 2km lecz na tej wysokości przejście 1000m w pionie jest nie lada wyzwaniem.Wstaliśmy około 3 rano, szybkie śniadanie i do góry. Z relacji poprzedników wiedzieliśmy ze musimy iść w stronę przełęczy Tizi-n-Tobukal dalej w lewo i szczyt. Wszystko wydawało się łatwe i przejemne, lecz w praktyce było trochę inaczej.

    Postanowilśmy że nie będziemy czekać na siebie tylko każdy pójdzie własnym tempem, mieliśmy tylko kontkat wzrokowy. Pierwszy Łukasz drugi ja trzeci nasz niedawno poznany kolega. Droga do przełęczy prowadzi licznymi zakosami aż do wysokości 3950m n.p.m. Następnie skręcamy w lewo i prosto na szczyt który jest już na wyciągnięcie ręki. Na szczycie spędzamy kilkanaście minut i szybko schodzimy, bądź zjeżdźamy na "dupolotach" do schorniska. Po zejściu do schroniska mieliśmy jeszcze dużo czasu na przepakowanie się i zejście do ILMIL.

    Marrakesz i powrót do Polski

    Po kilku dniach spędzonych na zwiedzaniu Marakeshu, czekał nas powrót do zasnieżonej Polski. Lot mieliśmy do Frankfurtu, a z Niemiec autobusem do Polski.

     

    Wyprawa w 100% udana, do Maroko na pewno wrócimy mam nadzieje że w większym składzie!